Dwadzieścia lat minęło od kiedy na półki sklepowe trafił ostatni, pięćdziesiąty numer oryginalnej serii Vigilante z lat 80-tych. Seria, której bohaterem był Adrian Chase - człowiek, który wziął prawo w swoje ręce – do dziś pozostaje dla mnie jednym z najlepszych tytułów wydawnictwa DC Comics.
Dlatego też nie ukrywam, że z dużymi nadziejami wiązałem powrót do świata DC tej postaci w zapowiedzianej już jakiś czas temu nowej serii. Niewątpliwą zachętą dla mnie był fakt, iż za fabułę nowego tytułu odpowiadać będzie twórca oryginalnej serii – Marv Wolfman. Natomiast pieczę nad stroną wizualną miał sprawować Rick Leonardi – rysownik, z którego pracami wcześniej jakoś szczególnie nie byłem zaznajomiony, tak więc nie wiedziałem czego się spodziewać.
Co ciekawe premiera pierwszego numeru przypadła na Wigilię – pomyślałem więc, że dostanę od DC idealny prezent na Gwiazdkę. Niestety, i piszę to z nieukrywanym rozczarowaniem, oznaczony jedynką zeszyt nowej serii na kolana nie powala, tak od strony graficznej jak i od strony fabularnej.
I właśnie od rysunków zaczynając, powiem, że Rick Leonardi zawodzi na całej linii. Widać w jego pracy masę niedoróbek, pośpiech i niedbałość o szczegóły. Fakt, co zauważyli recenzenci z amerykańskich stron internetowych traktujących o komiksach, Leonardi w dość ciekawy i płynny sposób ukazuje sceny akcji, ale co z tego, skoro te rysunki pozostają niedopracowane i miejscami wręcz odrzucają czytelnika od dalszej lektury. Na pewno nie pomagają dość kiepsko nałożone kolory. Odpowiadający za nie David Baron, przynajmniej u mnie, uznania jak na razie nie uzyskał. O tyle dziwi mnie fakt, że DC zdecydowało się powierzyć nowy tytuł co najwyżej średniemu rysownikowi, gdzie od lat polityka wydawania komiksów nakazuje wręcz rozpoczęcie nowej serii z rysunkami najwyższej klasy. Nie sądzę by prace Leonardiego były magnesem dla nowych czytelników.
Poziomem do warstwy graficznej, niestety, dorównuje także scenariusz Wolfmana. O ile zapowiedzi były jeszcze w miarę intrygujące, to już treść właściwa nie powala na kolana. Ot, standardowa opowieść o tajemniczym zdrajcy, którego tożsamość musi odkryć nasz główny bohater. Wszystko jest tu przedstawione bardzo pobieżnie, brak jakichkolwiek konkretów. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak opowiadanie detektywistyczne dla dzieci. Mamy tu wiele motywów gatunku, które jednak są mocno spłycone. Lektura nie wymaga zbyt dużego zaangażowania intelektualnego, całość jest dość lekka w odbiorze.
Zdaję sobie sprawę, iż jest to dopiero początek nowej, dużej historii, jednakże myślę, iż od pierwszego numeru czytelnicy mają prawo wymagać czegoś interesującego, czegoś co zachęci ich do stałego sięgania po ten tytuł. Tymczasem odniosłem wrażenie, że w całym tym numerze nie pojawiła się ani jedna scena, ani jeden wątek czy pomysł, którego wcześniej już nie widziałbym gdzieś indziej. Wtórność fabuły naprawdę zaskakuje biorąc pod uwagę dorobek twórczy i możliwości na jakie niewątpliwie stać Wolfmana.
Swoją drogą, wszystkie te elementy wyglądały o niebo lepiej w niedawnej mini serii o poprzednim Vigilante, którą stworzyli Bruce Jones i Ben Oliver. Aż dziw, że kierownictwo DC stwierdziło, iż nie warto kontynuować losów postaci z tamtej naprawdę świeżej i ciekawie pomyślanej historii. Choć z drugiej strony, przynajmniej jako całość tamta opowieść prezentuje się znakomicie.
Wracając jeszcze do oczekiwań, które wiązałem z tym tytułem, a które jak na razie nie znalazły potwierdzenia, to muszę przyznać, iż sądziłem, że Vigilante będzie naprawdę brutalnym i krwawym tytułem, a jak na razie to wszystko wygląda na przemoc w stylu PG-13. Naprawdę daleko nowemu Vigilante do pełnych przemocy serii w stylu The Punisher z imprintu MAX. Ponadto, choć wiadomo było, że seria ta będzie powiązana z głównym DCU, to jednak miałem nadzieję, iż nie uświadczę tutaj zbędnych elementów science-fiction, a tu zapowiadają występy, znanych z serii Teen Titans, Cyborga czy Jericho. No cóż, widać Marv musi sobie nawiązać do swoich ulubionych Tytanów. Oby jednak tych nawiązań było w przyszłości jak najmniej.
Tyle narzekania, co do pozytywnych aspektów, to muszę pochwalić DC za samą próbę wskrzeszenia jednej z najlepszych postaci lat 80-tych. Dobrze też, że nie jest to wskrzeszenie dosłowne jak to często ma miejsce w świecie komiksowym i że to nie Adrian Chase jest pod maską. O nowym Vigilante wiemy natomiast na razie tyle, iż nazywa się najprawdopodobniej Dorian i, że ma jakieś powiązania z Chase’em.
Ponadto dobrze, iż pojawiło się nawiązanie do wydarzeń z mini serii DC Universe: Decisions, która, choć powstała zapewnie tylko by zarobić dodatkowe dolary przy okazji wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, to była momentami nawet ciekawa. Cieszę się, iż ktoś zaserwował nam dalszą rozbudowę wątków z tamtej opowieści i mam nadzieję, że ułoży się z tego logiczna i interesująca całość.
Podsumowując, pierwszy zeszyt nowej serii o Vigilante, niestety, rozczarowuje. Brak mu czegokolwiek co zachęciłoby potencjalnych czytelników do regularnego sięgania po tą serię. Fabuła jest mało oryginalna, a rysunki prezentują dość niski poziom w porównaniu z pracami najlepszych artystów komiksowych. Jako że jest to jednak pierwsza część większej opowieści, to na pewno warto dać temu tytułowi kredyt zaufania. Być może historia ta będzie się lepiej prezentować jako całość. Na to liczę i mam nadzieję, że za dwanaście miesięcy też będę mógł sięgnąć po komiks o Vigilante.
Dlatego też nie ukrywam, że z dużymi nadziejami wiązałem powrót do świata DC tej postaci w zapowiedzianej już jakiś czas temu nowej serii. Niewątpliwą zachętą dla mnie był fakt, iż za fabułę nowego tytułu odpowiadać będzie twórca oryginalnej serii – Marv Wolfman. Natomiast pieczę nad stroną wizualną miał sprawować Rick Leonardi – rysownik, z którego pracami wcześniej jakoś szczególnie nie byłem zaznajomiony, tak więc nie wiedziałem czego się spodziewać.
Co ciekawe premiera pierwszego numeru przypadła na Wigilię – pomyślałem więc, że dostanę od DC idealny prezent na Gwiazdkę. Niestety, i piszę to z nieukrywanym rozczarowaniem, oznaczony jedynką zeszyt nowej serii na kolana nie powala, tak od strony graficznej jak i od strony fabularnej.
I właśnie od rysunków zaczynając, powiem, że Rick Leonardi zawodzi na całej linii. Widać w jego pracy masę niedoróbek, pośpiech i niedbałość o szczegóły. Fakt, co zauważyli recenzenci z amerykańskich stron internetowych traktujących o komiksach, Leonardi w dość ciekawy i płynny sposób ukazuje sceny akcji, ale co z tego, skoro te rysunki pozostają niedopracowane i miejscami wręcz odrzucają czytelnika od dalszej lektury. Na pewno nie pomagają dość kiepsko nałożone kolory. Odpowiadający za nie David Baron, przynajmniej u mnie, uznania jak na razie nie uzyskał. O tyle dziwi mnie fakt, że DC zdecydowało się powierzyć nowy tytuł co najwyżej średniemu rysownikowi, gdzie od lat polityka wydawania komiksów nakazuje wręcz rozpoczęcie nowej serii z rysunkami najwyższej klasy. Nie sądzę by prace Leonardiego były magnesem dla nowych czytelników.
Poziomem do warstwy graficznej, niestety, dorównuje także scenariusz Wolfmana. O ile zapowiedzi były jeszcze w miarę intrygujące, to już treść właściwa nie powala na kolana. Ot, standardowa opowieść o tajemniczym zdrajcy, którego tożsamość musi odkryć nasz główny bohater. Wszystko jest tu przedstawione bardzo pobieżnie, brak jakichkolwiek konkretów. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak opowiadanie detektywistyczne dla dzieci. Mamy tu wiele motywów gatunku, które jednak są mocno spłycone. Lektura nie wymaga zbyt dużego zaangażowania intelektualnego, całość jest dość lekka w odbiorze.
Zdaję sobie sprawę, iż jest to dopiero początek nowej, dużej historii, jednakże myślę, iż od pierwszego numeru czytelnicy mają prawo wymagać czegoś interesującego, czegoś co zachęci ich do stałego sięgania po ten tytuł. Tymczasem odniosłem wrażenie, że w całym tym numerze nie pojawiła się ani jedna scena, ani jeden wątek czy pomysł, którego wcześniej już nie widziałbym gdzieś indziej. Wtórność fabuły naprawdę zaskakuje biorąc pod uwagę dorobek twórczy i możliwości na jakie niewątpliwie stać Wolfmana.
Swoją drogą, wszystkie te elementy wyglądały o niebo lepiej w niedawnej mini serii o poprzednim Vigilante, którą stworzyli Bruce Jones i Ben Oliver. Aż dziw, że kierownictwo DC stwierdziło, iż nie warto kontynuować losów postaci z tamtej naprawdę świeżej i ciekawie pomyślanej historii. Choć z drugiej strony, przynajmniej jako całość tamta opowieść prezentuje się znakomicie.
Wracając jeszcze do oczekiwań, które wiązałem z tym tytułem, a które jak na razie nie znalazły potwierdzenia, to muszę przyznać, iż sądziłem, że Vigilante będzie naprawdę brutalnym i krwawym tytułem, a jak na razie to wszystko wygląda na przemoc w stylu PG-13. Naprawdę daleko nowemu Vigilante do pełnych przemocy serii w stylu The Punisher z imprintu MAX. Ponadto, choć wiadomo było, że seria ta będzie powiązana z głównym DCU, to jednak miałem nadzieję, iż nie uświadczę tutaj zbędnych elementów science-fiction, a tu zapowiadają występy, znanych z serii Teen Titans, Cyborga czy Jericho. No cóż, widać Marv musi sobie nawiązać do swoich ulubionych Tytanów. Oby jednak tych nawiązań było w przyszłości jak najmniej.
Tyle narzekania, co do pozytywnych aspektów, to muszę pochwalić DC za samą próbę wskrzeszenia jednej z najlepszych postaci lat 80-tych. Dobrze też, że nie jest to wskrzeszenie dosłowne jak to często ma miejsce w świecie komiksowym i że to nie Adrian Chase jest pod maską. O nowym Vigilante wiemy natomiast na razie tyle, iż nazywa się najprawdopodobniej Dorian i, że ma jakieś powiązania z Chase’em.
Ponadto dobrze, iż pojawiło się nawiązanie do wydarzeń z mini serii DC Universe: Decisions, która, choć powstała zapewnie tylko by zarobić dodatkowe dolary przy okazji wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, to była momentami nawet ciekawa. Cieszę się, iż ktoś zaserwował nam dalszą rozbudowę wątków z tamtej opowieści i mam nadzieję, że ułoży się z tego logiczna i interesująca całość.
Podsumowując, pierwszy zeszyt nowej serii o Vigilante, niestety, rozczarowuje. Brak mu czegokolwiek co zachęciłoby potencjalnych czytelników do regularnego sięgania po tą serię. Fabuła jest mało oryginalna, a rysunki prezentują dość niski poziom w porównaniu z pracami najlepszych artystów komiksowych. Jako że jest to jednak pierwsza część większej opowieści, to na pewno warto dać temu tytułowi kredyt zaufania. Być może historia ta będzie się lepiej prezentować jako całość. Na to liczę i mam nadzieję, że za dwanaście miesięcy też będę mógł sięgnąć po komiks o Vigilante.
