wtorek, 3 lutego 2009

Vigilante #2 - recenzja

W styczniu panowanie na okładkach komiksów z wydawnictwa DC przejęli złoczyńcy. W Action Comics mamy Lexa Luthora, w Green Arrow/Black Canary Merlyna, natomiast w drugim numerze Vigilante… tytułowego bohatera. I już pierwsze sceny tego zeszytu uchylają nam rąbka tajemnicy co do takiego posunięcia wydawcy. Otóż nowy Vig, w przeciwieństwie do Adriana Chase’a nie zaczyna swojej krucjaty przeciwko złu z czystym sumieniem. Pozwala to mieć nadzieję na naprawdę ciekawe psychologiczne rozwinięcie tej postaci i mam nadzieję, że Marv Wolfman, twórca bądź co bądź renomowany w świecie komiksów, będzie w stanie wynieść tą postać ponad tradycyjny wizerunek zamaskowanego mściciela.

W najnowszym numerze kontynuujemy bezpośrednio wątki premierowego zeszytu. Vigilante trafia do więzienia w celu przesłuchania jednego z więźniów, który może posiadać informacje na temat zamachów bombowych na kandydatów na prezydenta. Jak już wspomniałem w recenzji poprzedniego numeru, dobrze się stało, iż ktoś postanowił nawiązać do tamtej historii, która niewątpliwie miała w sobie potencjał. Problem tej historii polega jednak na tym, że tak naprawdę ludzie oczytani w świecie DC już od jakiegoś czasu doskonale wiedzą kto i dlaczego odpowiadał za tamte wydarzenia, tak więc efekt zaskoczenia jest tu wręcz zerowy.

Śledzący losy uniwersum DC wiedzą zapewne, iż początkowo nowa seria Vigilante miała nawiązywać do historii 321 Days z serii Nightwing, gdzie swoją drogą zadebiutował nowy Vig. Opóźnienia spowodowały jednak zmianę tych planów. Zamiast tego dostaliśmy nawiązanie do mini serii Decisions. Odstęp czasowy między tamtą opowieścią a początkiem tej serii jest mniejszy, jednakże nie można oprzeć się wrażeniu, że gdyby seria wystartowała w trakcie lub natychmiast po Decisions, to radość z czytania byłaby niewątpliwie większa.

Jeśli już o historii mowa, to muszę przyznać, iż tym razem Wolfman dostarcza trochę ciekawszy scenariusz od tego do zeszytu nr 1. Już pierwsza, ironiczna scena egzekucji Executionera pokazuje, że Marv potrafi nadal potrafi pozytywnie zaskoczyć czytelnika czymś nowym. Fakt, w tym numerze znów mamy kilka odgrzewanych motywów kryminału, jak na przykład postać Drudge’a – wielkiego, złego zabijaki, który przewodzi reszcie współwięźniów, jednak zdecydowanie więcej tu nowych pomysłów na rozegranie starych i sprawdzonych scen.

Jak już nie raz wspominałem, na plus zaliczę każde nawiązanie do realnego świata. Tym razem nie sposób nie zauważyć ciekawego epizodu w siedzibie FBI. Tak, zamiast Checkmate’u czy innych fikcyjnych agencji, wreszcie mamy stare dobry biuro śledcze. Może to niewiele, ale na pewno wpływa na ogólne postrzeganie historii. Tej właśnie agencji spodziewałbym się bardziej w komiksie o Vigilante niż wszelkich super grup. Ponadto, miło jest zobaczyć nawiązania do poprzedniej serii, jak i do samego Adriana Chase’a.

Kolejnym solidnym elementem jest wspomniany wcześniej Executioner. Pamiętając świetne konfrontacje między oryginalnym Vigilante a Executionerem, wypada mi mieć nadzieję, że Dorian i Buchinsky stworzą nie gorszą dynamikę niż ich poprzednicy. Jednym z najciekawszych aspektów walki Chase’a z oryginalnym Executionerem było odmienne postrzeganie roli mściciela oraz wynikające z tego konflikty. Ostatnie linijki tekstu pozwalają mieć nadzieję, iż rzeczywiście czeka nas interesująca podróż do wnętrza umysłu Doriana.

Tak więc jeśli chodzi o warstwę scenariuszową, Wolfman poprawia się względem ostatniego numeru. Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o części graficznej komiksu. Rick Leonardi po raz kolejny dostarcza nam nierówne i miejscami wręcz słabe prace. Trudno oczekiwać, by sytuacja miała ulec zmianie w najbliższej przyszłości, dlatego też trzeba uzbroić się w cierpliwość i liczyć, że prędzej czy później ktoś w DC będzie miał jednak odwagę podziękować Leonardiemu za współpracę. Swoją drogą, patrząc na całkiem niezłe prace Ricka z przeszłości, zaczynam się zastanawiać na ile tusze Johna Stanisciego wpływają na ostateczny art work. Bez zarzutu spisuje się za to solidna okładka autorstwa Walta Simonsona. Może właśnie on mógłby zając się kiedyś interiorami do Vigilante?

Podsumowanie niniejszego numeru wygląda więc następująco: mamy mimo wszystko lepszą historię niż w premierowej odsłonie serii, natomiast rysunki nadal nie zachwycają i trzeba będzie, niestety, jakoś przetrwać twórczość Leonardiego. Choć opowieść jak do tej pory na kolana nie rzuca, to liczę jednak, iż gdy będzie nam dane poznanie całej fabuły w formie wydania zbiorczego. Inna sprawa, że za sprawą warstwy graficznej trudno tak naprawdę zainteresować się tym tytułem. Rysunki odstraszają i sprawiają wrażenie, że DC nie ma zbyt dużej wiary w sukces tej serii. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz